Wszystkich zainteresowanych, którzy śledzą mój blog na wstępie nowej serii przepraszam za opóźnienia w „Aktualnościach”. Artykuł na temat „Ogrodu SPA” jest już gotowy i został wysłany do publikacji ale ze względu na sezon urlopowy może potrwać jeszcze kilka dni, zanim ukaże się na łamach naszej strony firmowej. Jak mówi przysłowie: nie ma tego złego…
Przechodząc do kolejnego tematu muszę zrobić krótki wstęp. Skąd moje zainteresowanie parkami rozrywki?
Zaczęło się od tego, że kiedy mój synek podrósł i skończył 2 lata zdecydowaliśmy się z żoną na pierwszą dalszą podróż – wyjazd do Holandii, na krótkie wakacje. Wcześniej uwielbialiśmy weekendowe wypady do różnych, większych polskich miast, ale z czasem chcieliśmy spróbować pojechać dalej. Musieliśmy jednak zaczekać, aż podrośnie nasz maluch i będzie w takim wieku, który umożliwi nam wspólne dalsze wyjazdy samochodem. Mimo, iż w mojej wczesnej młodości dość często jeździłem za granicę z bratem i rodzicami (Grecja, Bułgaria, Rosja, Holandia) nie nasyciłem się tymi wyjazdami - wręcz przeciwnie. Dlatego też jak najszybciej chcieliśmy ruszyć w Europę by ją lepiej poznać. Zwłaszcza tą jej część, przeznaczoną dla dzieci, choć nie tylko…
Pierwszy wyjazd z naszym dzieckiem to właśnie Holandia. Kierunek trzy obiekty: Madurodam w Hadze, Delfinarium w Harderwijk i ZOO w Emmen. Wszystkie trzy obiekty piękne! Same atrakcje, chociaż nie wszystkie dla 2-latka okazały się właściwe. Madurodam jest przepiękne – miasteczko miniaturowych budynków z całej niemal Holandii. Przepięknie urządzone jako całość, niezwykle starannie i wiarygodnie odtworzone budynki (to prawdziwe mistrzostwo modelarskie), kanały wodne, ulice, samochody, lotnisko, i oczywiście przepiękna, żywa zieleń. W całej Holandii jest pięknie, ale zieleń w Madurodam (również zminiatryzowana) jest powalająco zadbana. Miniaturowe drzewa (głównie wykonane z krzewów), trawnik (miejscami z mchu), wszystko wypielęgnowane do perfekcji. Ma się wrażenie, że jest się olbrzymem w mieście liliputów. Gdzie niegdzie ruchome samochody, na lotnisku kołujące samoloty, akcja ratunkowa z gaszeniem pożaru na statku przycumowanym do nabrzeża (podpływa mniejszy statek i prowadzi gaszenie wodą), ruchoma procesja wychodząca z kościoła, etc. Wszystko to bardzo atrakcyjne, nie tylko dla dzieci, bo również dla dorosłych. W zasadzie trudno powiedzieć, dla kogo jest to większa atrakcja
My dorośli czasem chętniej byśmy się pobawili w takim miasteczku niż nasze dzieci.
(jestem aktualnie poza domem i nie mam przy sobie zdjęć, które sami robiliśmy podczas naszej wycieczki, dlatego też zamieściłem zdjęcia z oficjalnych serwisów internetowych (lub innych źródeł) wszystkich trzech obiektów; własne zdjęcia uzupełnię przy następnym wpisie)
Drugim celem naszej podróży było Delfinarium w Harderwijk, ponad 40-tysięcznym miasteczku położonym na trasie łączącej Amersfoort ze Zwolle. Ponieważ Holandia jest bardzo mała, wszędzie dojeżdża się w dość krótkim czasie – oczywiście autostradami. Delfinarium to już wyższa półka. Po pierwsze dlatego, że jest wyprofilowane ściśle na tematykę morską, a po drugie jest to największe delfinarium w Europie, z największą ekspozycją fauny morskiej. Masa atrakcji czeka tam tak na dzieci jak i na dorosłych. Niektórych zwierząt morskich można dotknąć, na niektóre popatrzeć z bardzo bliska (np. z góry patrząc na zbiornik wodny, w którym spore pływają rekiny), a niektóre podpatrzeć spod… wody! To nie żart, lwy morskie i hipopotamy można oglądać przez wielką szybę stanowiącą ścianę ogromnego akwarium i jednocześnie kawiarni/restauracji. Nazwana kawiarnią podwodną daje sporo radości, gdy popijając cappucino patrzysz jak ogromne cielska (za to jedne z najzwinniejszych wodnych zwierząt) przesuwają się wolno wzdłuż kilkudziesięciometrowej szyby. Jesteś świadkiem podwodnego życia i o to właśnie chodziło projektantom i twórcom tego obiektu. Podobnie jak oglądanie pokazu delfinów (w obiekcie rodzaju wielkiego cyrku) czy fok, na specjalnej scenie ustawionej nad wodą, do której wpadają co chwila nie tylko foki (z wielką gracją) ale również aktorzy grający w przedstawieniu, zapewne będący jednocześnie opiekunami fok. Tu może mniejszą uwagę przyłożono do samej zieleni, ale można to wybaczyć ze względu na określony profil delfinarium. Obiekt jest naprawdę godny polecenia. Zobaczcie go koniecznie.
Ostatnie miejsce to ZOO w Emmen, blisko granicy z Niemcami. Kolejna rzecz do obowiązkowego zobaczenia, jesli ktoś z Was wybiera się poznawać Holandię. To – moim zdaniem – fantastyczny pokaz sztuki projektowej i myśli przewodniej jak powinny wyglądać ogrody zoologiczne. Najkrócej mówiąc jest to ogród bez barier. Barier w sensie klatek i ciasnoty, do której my jesteśmy przyzyczajeni przez lata odwiedzając polskie ogroody zoologiczne (i tak to się już zmienia). Małpy umieszczone są na wyspie otoczonej niedużą fosą, ale same nie są w stanie jej pokonać, podobnie niedźwiadki i szereg innych zwierząt. Żyrafy można nawet karmić jednocześnie je głaszcząc, oczywiście wtedy kiedy nie gonią ich nosorożce czy inne zwierzęta afrykańskiej sawanny.
Warunki życia zwierząt zostały tu odtworzone w stopniu maksymalnie zbliżonym do naturalnych. Naprawdę to widać. To ogród przyjazny zwierzętom i ludziom. Trudno oprzeć się fascynacji podziwiania różnorodności przyrody w tak stworzonym krajobrazie. Zwłaszcza gdy wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Do ptaków wchodzi się do wewnąrz wolier, tak jak do motyli – w specjalnym pomieszczeniu są ich tysiące, w najróżniejszych wielkościach i kolorach. Niezapomniane przeżycie gdy obok Ciebie przelatuje motyl wielkości ludzkiej dłoni, albo dwóch. Ilość odmian i barw jest nie do opisania.
Ogród to jednocześnie piękny park. Nie oznacza to, że wszędzie musi być roślinność, a architektura krajobrazu (tu niewątpliwie niezbędni byli architekci krajobrazu do stworzenia takiego obiektu) to nie tylko zieleń. Będąc w ZOO w Emmen można to łatwo zrozumieć, patrzeć i uczyć się. Naturalnie prowadzone ścieżki tak, by jak najwięcej zobaczyć i być jak najbliżej. Jeśli nie ma optycznych barier (te, które są nie rzucają się woczy) to wydaje nam się jakbyśmy weszli do tego świata. Niech takie obiekty powstają i u nas.
W kolejnych wpisach opisywać będę sukcesywnie wszystkie moje doświadczenia ze zwiedzania i zabawy w parkach rozrywki w Holandii, Niemczech, Danii i Austrii oraz w Polsce. Celem tej serii jest chęć porównania i subiektywnej (bo jakże by inaczej?) oceny tego co jest już „dojrzałe” na zachodzie i tego, co „dojrzewa” u nas. Z całą pewnością proces tworzenia parków rozrywki w Polsce – choć miał już swój epizod w czasach PRL-u – właśnie się rozpoczyna (powtórnie, ale perspektywy są teraz lepsze). Jesteśmy jeszcze kilka lat w tyle za Europą Zachodnią, ale dobrze, że mamy kogo podpatrywać i od kogo się uczyć. Pytanie tylko czy podpatrujemy wystarczająco uważnie. Jest taka mądra myśl, która mówi, że poprawianie jakości i tworzenie czegoś naprawdę wartościowego często odbywa się poprzez podpatrywanie jak robią to inni i następnie podejmowanie wysiłku by zrobić to jeszcze lepiej, dodając coś od siebie. Tak właśnie jest teraz u nas… tylko czy na pewno? Są pewne przesłanki by sądzić, że zaczynamy popełniać błędy, które Zachód dawno już naprawił.
Patrzmy jednak z nadzieją, bo jest bardzo możliwe, że mimo wszystko zrobimy to lepiej…



Czołem, Czy tylko mi blog wolno chodzi ? Czekałem aż stronka internetowa www się otworzy powyżej 1 minutę. Czy ktoś spotkał się z podobnym szkopułem ? A może to wina serwera na którym witryna www ? Hmmm… Jeszcze tu wrócę, zaś a propos zawitaj na witrynę internetową Eurypton i zapisz się na darmową prezentację, a Twoje życie przypuszczalnie odmieni się na lepsze!
Interesujący artykuł. Gratulacje dla autora ;D. Roześlę linki do tej strony przyjaciołom, jestem pewien, że też powinni ją polubić. Liczmy na to, że takie witryny nadal będą żyły w polskim necie pomimo zgodzenia się na ACTA przez Polskę. Wiele wskazuje na to, że będę odwiedzać tego bloga w przyszłości.
Samych sukcesów ! – Bolek Gorski